18% szarości – bułgarska powieść drogi

18% szarości Zacharego Karabaszliewa to powieść, którą napisałby dziś Jack Kerouac, gdyby przyjechał do Stanów Zjednoczonych z pokomunistycznej Bułgarii, znał Nietzschego, historię malarstwa i uwielbiał fotografować. Książka ukazała się w styczniu w serii Bułgarskie Klimaty.

Zachary Karabaszliew, „18% szarości” – okładka (źródło: materiały prasowe)

Zachary Karabaszliew, „18% szarości” – okładka (źródło: materiały prasowe)

Ostra muzyka, miłość, Kalifornia, wielka sztuka i worek marihuany. Zachary Karabaszliew kreśli nostalgiczną powieść drogi, w której przegląda się współczesna Ameryka, jakiej nie znajdzie się na pierwszych stronach gazet. To nie jest kolejna historia emigranta, który nie potrafi odnaleźć się za Wielką Wodą. To proza dla tych, którzy – jak Zack i Stella, bohaterowie książki – nie potrafią pogodzić się z tym, że codzienność ma stać się czymś przeraźliwie nudnym.

Powieść 18% szarości doczekała się siedmiu wydań i została uhonorowana prestiżową nagrodą Bułgarska Książka Roku; znalazła się także w finale Nagrody Eliasa Canettiego. W ankiecie przeprowadzonej przez radio BBC w czasie kampanii The Big Read znalazła się na liście 100 ulubionych książek bułgarskich.

Na początku mieszkaliśmy przez kilka tygodni w hotelu. Stella była na dziewięciu rozmowach z wyglądającymi na poważnych potencjalnymi pracodawcami, którzy mieli do niej za każdym razem lada moment zadzwonić. Ten moment przedłużył się do miesięcy. U mnie było ponuro. Kilka miesięcy po przeprowadzce pozostało mi tylko jedno miejsce, gdzie nie złożyłem portfolio. Dwóch spośród pracodawców, którzy wedle umowy mieli mnie zatrudnić na sto procent, w ogóle się nie odezwało. Pozostali trzej podpuszczali mnie w sumie jedenaście razy. Ostatecznie udało mi się pokazać swoje portfolio w czterech miejscach, z czego w trzech – recepcjonistkom. W dwóch redakcjach zostałem poklepany po ramieniu z obietnicą: „Jeśli się coś pojawi, to zadzwonimy”… Kto miał mi powiedzieć, że w Kalifornii po prostu tak się mówi i że rzucanych mimochodem obietnic nie należy brać na serio?

W redakcji niewielkiego czasopisma – mojej ostatniej nadziei – czekam około półtorej godziny, obserwując wchodzących i wychodzących ludzi. W którymś momencie sięgam po porzuconą niedzielną gazetę i biorę się do przeglądania ogłoszeń o pracy. W rubryce FOTOGRAFIA jest raptem pięć ogłoszeń, z czego jedno dotyczy zatrudnienia szkolnego fotografa, jedno fotografowania psów i noworodków i jedno wykonywania odbitek w dużym laboratorium fotografii czarno-białej. Ponieważ rubryki ułożone są w porządku alfabetycznym, mój wzrok pada na poprzednią – FARMACJA – w której ogłoszenia o poszukiwanych specjalistach zajmują całe dwie strony.

Nagle słyszę znany mi głos dyrektora artystycznego, z którym przeprowadziłem kilka bardzo obiecujących rozmów telefonicznych, będąc jeszcze w bezpiecznie odległym Ohio. „Fred, dokąd idziemy na obiad?” – i widzę, że spędziłem w redakcji całe przedpołudnie. W drzwiach pojawia się szczupły czarnowłosy typ o energicznych ruchach, w marynarce od Armaniego. Poznajemy się „wreszcie osobiście”.

Steven.

Ściska mi rękę odrobinę dłużej, niż jest to przyjęte.

Jego dłoń jest sucha, mała i o kilka atmosfer miększa od mojej. Patrzy mi w oczy wzrokiem, w którym nie wyczuwam niczego nawet odrobinę przypominającego sympatii! Ani też wrogości. Po prostu czysta obojętność. Jesteśmy na korytarzu. Opowiadam, od jak dawna pracuję nad takimi i takimi rzeczami, jak się przeprowadziliśmy do Kalifornii, jak bardzo chciałbym wreszcie…

– Zack – przerywa mi – masz własną stronę w internecie?

– Nie, ale przyniosłem portfolio…

– Zostaw je u Nancy. Popatrzę, jak wrócę z obiadu. I zadzwonię do ciebie w ciągu tygodnia.

Jaki to akcent, australijski? – zgaduję w myślach. Południowoafrykański? Czy zwyczajnie gejowski?

– Okej, Zack? – Steven poklepuje mnie po ramieniu i dotyka kieszeni, szukając kluczyków do samochodu. Oczywiście mają okrągły breloczek. Odzywa się komórka Steve’a, odbiera, macha mi na pożegnanie, odwraca się i rusza w głąb korytarza, radośnie spiesząc na spotkanie z Fredem. Patrzę, jak jego marynarka od Armaniego maleje między jasnoszarymi ścianami korytarza. Chciałbym być teraz naiwny. Chciałbym umieć wierzyć ludziom. Nawet ludziom o miękkich dłoniach, w marynarkach od Armaniego, z fałszywym brytyjskim akcentem, o pustym błękitnym spojrzeniu… Ach, jak bardzo bym chciał! Tymczasem wiem, że ten gnój nie zadzwoni! Już nigdy więcej go nie spotykam.

(fragment)

Zachary Karabaszliew, 18% szarości
Premiera: styczeń 2016 roku
Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Dodaj komentarz