Artyści w okupowanej Polsce

Artyści w okupowanej Polsce Remigiusza Piotrowskiego to ciekawe źródło informacji dla wszystkich chcących poznać życie codzienne, troski oraz nadzieje artystów podczas drugiej wojny światowej, a także okazja, aby dowiedzieć się, jak w czasie wojny żyli Zofia Nałkowska, Eugeniusz Bodo, Maria Dąbrowska, Tadeusz Borowski czy Stefan Jaracz.

Remigiusz Piotrowski, „Artyści w okupowanej Polsce” – okładka (źródło: materiały prasowe wydawcy)

Remigiusz Piotrowski, „Artyści w okupowanej Polsce” – okładka (źródło: materiały prasowe wydawcy)

Obok gwiazd teatru, kina, piosenki i literatury czytelnik znajdzie tu również opowieści o młodych twórcach w czasie wojny dopiero zaczynających karierę, a także informacje o tych, którzy z różnych powodów nie przetrwali w zbiorowej pamięci. Jak pokazuje autor, artyści w zderzeniu z codziennością wojenną imali się różnych zajęć i przyjmowali bardzo różne postawy: prowadzili sklepy, usługiwali w kawiarniach, kolaborowali z władzami okupacyjnymi lub walczyli w Armii Krajowej. Codzienne troski mieszały się z drobnymi radościami i wielkimi tragediami. Książkę dopełniają fragmenty wspomnień, dzienników i korespondencji.

Remigiusz Piotrowski (ur. w 1984 roku w Łodzi) – ukończył filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim. Autor bloga Tropy historii. Przez kilka lat zajmował się dziennikarstwem internetowym związanym z dwiema jego największymi pasjami: piłką nożną i historią pierwszej połowy XX wieku. Autor wydanych także przez PWN książek: Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala CaponeLiteraci w przedwojennej Polsce. Pasje, nałogi, romanse oraz Rozkaz: Trzaskać! Zapomniane akcje polskiego podziemia.

Gdyby 1 września nie spadły z nieba bomby…

Tadeusz Dołęga-Mostowicz na przekór krytykom pisałby kolejne książki, pomnażając swój majątek. Być może obok jego dwunastocylindrowego buicka stanąłby jakiś nowy luksusowy wóz, a film wytwórni Warner Bros z Bette Davis w roli głównej, do którego Mostowicz miał napisać scenariusz, okazałby się kasowym hitem w Hollywood. […]

Józef Węgrzyn i Ludwik Sempoliński już nie musieliby się obawiać, że za parodię Hitlera przyjdzie im słono zapłacić. Może Węgrzyn przestałby rozmieniać na drobne swój talent i zadbałby w końcu o repertuar przystający do jego nieprzeciętnych zdolności scenicznych. Kazimierz Junosza-Stępowski powróciłby z objazdowego tournée po Wilnie, uporządkował wreszcie finanse i zmusił swoją żonę narkomankę do odwiedzenia kliniki. A Stefan Jaracz doczekałby się upragnionej premiery Żeglarza Szaniawskiego, tak nieznośnie utrudnianej pod koniec sierpnia z powodu mobilizacji. I zapewne powiedziałby wówczas ten mistrz sceny: „A nie mówiłem? To niemożliwe, aby dwadzieścia jeden lat po masakrze wojny urządzono nam nową”. […]

Andrzej Panufnik po powrocie ze studiów dyrygenckich u słynnego Philippe’a Gauberta zachwycałby miłośników muzyki – podobnie Witold Lutosławski. Władysław Szpilman dokończyłby swoje concertino na fortepian z orkiestrą. O Henryka Warsa dalej biliby się producenci filmowi, bo przecież każdy film z jego muzyką, a potem wydane na płycie piosenki śpiewane przez Bodo lub Ordonównę stawały się z miejsca hitami.

Jerzy Waldorff pisałby cięte recenzje muzyczne i wciąż zachwycałby się włoskim faszyzmem. Maria Dąbrowska nadal walczyłaby z wydawcą, panią Mortkowiczową, o należne jej z tytułu wydanych powieści wynagrodzenie. Zofia Nałkowska toczyłaby spory z Lorentowiczem, a Tadeusz Boy-Żeleński zapewne znów musiałby się stawić na sali sądowej, pozwany przez obrażonego skandalicznymi treściami czytelnika. Być może fachową poradą służyłby mu wtedy Jan Brzechwa, który nadal z powodzeniem łączyłby pisarstwo z praktyką prawniczą. W Polsce wreszcie by się poznano na literackim geniuszu skromnego nauczyciela z drohobyckiego gimnazjum, zaś Witkacy gorszyłby, zaskakiwał i inspirował nowe pokolenie czytelników urodzonych około 1920 roku.

W uniwersyteckiej auli, a nie w ciasnym pokoju przy ulicy Skaryszewskiej, tajemnice literatury zgłębiałby młody student polonistyki Tadeusz Borowski. I może nawet polubiłby Andrzeja Trzebińskiego, kolegę z uczelni, który – choć niekiedy bezczelny – czasem potrafił powiedzieć coś odkrywczego. Z kolei z zawsze skorym do wygłupów Tadeuszem Gajcym spotykałby się Borowski na boisku piłkarskim. I pewnie nigdy nie poznaliby Zdzisława Stroińskiego, który w tym czasie rozpocząłby studia prawnicze na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Krzysztof Kamil Baczyński nie zostałby Janem Bugajem, a Tadeusz Różewicz 1 września przestąpiłby po raz pierwszy próg Liceum Leśniczego i Drzewiarskiego w Żyrowicach.

(fragment)

Remigiusz Piotrowski, Artyści w okupowanej Polsce
Premiera: październik 2015 roku
Dom Wydawniczy PWN

Dodaj komentarz